Na ławce w ogrodzie siedzieli państwo Malfoy wraz z Zabinimi i Lestrangami. Gdy rozległ się trzask teleportacji wszyscy siedzący w ogrodzie spojrzeli w ich stronę. Parkinsonowie szybkim krokiem podprowadzili Hermionę do tych ludzi, a jej myśli zajmowało pytanie którzy z nich są jej rodzicami. Zapadła niezręczna cisza dorośli nie wiedzieli od czego zacząć, a brązowowłosa zaczęła się niecierpliwić.
- Powie mi ktoś kim są moi rodzice? –pytanie padło z ust Hermiony – bo nie będę czekać wiecznie.
- Ja jestem Twoja matką, nazywasz się Hermiona Malfoy.- rzekła Narcyza podchodząc do niej i ją przytulając
– Córeczko… Tak za Tobą tęskniłam… Bałam się, że nie zobaczę Cię już nigdy więcej… – szepnęła jej do ucha – Nie chciałam Cię im oddać, ale nie było innego wyjścia, on nie dopuściłby do tego byś żyła… Przepraszam…
- Aaale o co chodzi? Kto chciał mnie zabić? – zapytała nastolatka oddając uścisk kobiety
- Poczekaj jeszcze pare minut. Wyjaśnimy wam wszystko, ale muszą być wszyscy – powiedział Lucjusz podchodząc do kobiet i je przytulając – a teraz przedstawimy Ci wszystkich obecnych.
- Jestem Bellatrix, ale wole Bella. Jestem Twoja ciocią i matką chrzestną. Wybacz za to jaka byłam dla Ciebie przez ostatnie lata. Nie wiedziałam, że to Ty. – rzekła kobieta o długich kręconych włosach ubrana w opadającą do ziemi czarną suknie. „Nie wygląda jak ta wariatka, która uciekła z Azkabanu”- pomyślała dziewczyna
- Nie szkodzi… Ciociu– rzekła powoli uśmiechając się do niej
- Ciesze się, że rozumiesz – powiedziała Bella i objęła lekko dziewczynę – To jest mój maż Rudolf.
- Witam panienkę Malfoy – przywitał się wysoki zadbany mężczyzna, z lekką bródką ubrany w jeansy i t-shirt zespołu Pink Floyd
- Cześć. Niech pan mówi do mnie Hermiona.
- Jasne, jasne, nie jestem aż tak sztywny, – zaśmiał się cicho – a do tego nie „Pan” tylko Rudolf lub wujku wystarczy.
- Ja jestem Alexsandra Zabini, a to mój mąż Johnny – przedstawiła się czarnowłosa, ciemnoskóra kobieta w ciemnych rurkach, podkoszulku i sandałkach na koturnie.
- Wole jak się mówi na mnie John. – poinformował ją wysoki brązowowłosy mężczyzna o niebieskich oczach – Miło Cię poznać.
- Mi państwa również. – rzekła dziewczyna
- Nie przesadzaj… Mów do nas po imieniu albo ciociu i wujku. W końcu spędzimy razem resztę wakacji. – powiedział pan Zabini z szerokim uśmiechem
- Tak, John ma racje. – potwierdziła wypowiedź męża Alexandra
- Do nas też zwracaj się po imieniu albo ciociu i wujku – mówi pani Parkinson – zaraz zawołamy resztę dzieci, bo za chwilę przyjdą nasi przyjaciele i wtedy wam wszystko wyjaśnimy…
wtorek, 9 sierpnia 2016
Rozdział 3
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz